Co robię jesienią w ogródku, część 3

Cześć,

dziś piszę w ramach spełniania patriotycznego obowiązku. Może Cię to wprawi w zdziwienie, ale postulat typu „przydomowy ogródek żywnościowy w każdym gospodarstwie domowym każdej podstawowej komórki społecznej” nie jest wpisany w program żadnej z partii politycznych. Policzmy korzyści: zdrowsi Polacy, z wielowymiarowo sensownym hobby, szczęśliwsze, lepiej wyedukowane dzieci, więcej drzew, regeneracja i konserwacja gleby, mniej niepotrzebnej emisji spalin i więcej węgla związanego w glebie, możliwość otrzymania licznych nagród za badania naukowe na tym nieomal dziewiczym polu i umacniania naszej pozycji międzynarodowej jako pioniera mądrego podejścia do ekologii. Same zalety, każde ministerstwo powinno być zainteresowane, jedynie ZUS zastrajkuje, bo będziemy dłużej żyć. I nikt z tym nic nie robi? Aha, zapomniałem! – jak to mówią moje dzieci – może to dlatego, że partiom wcale nie zależy na dobru Polaków. W sumie to i dobrze, bo inaczej byśmy się rozgrzeszali i liczyli na to, że ktoś zrobi coś za nas. Lepiej nie czekać i samemu brać się do roboty, do czego niniejszym zachęcam. Bo to nie „oni”, ani „wy”, ani nawet nie „my” jesteśmy odpowiedzialni za nasz kraj, tylko „ja”.

Jeszcze trochę o malinach

Trochę pobieżnie napisałem ostatnio o malinach, a warto dodać coś jeszcze. Po pierwsze maliny warto przyciąć jesienią albo zimą. Zasada jest prosta – tniemy te pędy, które już owocowały w tym sezonie. Widać na nich kwiaty albo zasuszone owoce (u mnie nawet uchowało się kilka zjadliwych, dzieci teraz mniej przebywają na zewnątrz). W przypadku maliny jesiennej wycinamy wszystkie pędy do wys. ok. 10 cm nad ziemią. W przypadku maliny owocującej latem (na pędach dwuletnich), zostawiamy kilka pędów które jeszcze nie owocowały.

Takie cięcie to źródło gratisowych sadzonek. Zdrewniałe pędy dzielimy na odcinki ok. 20 – 25 cm tak, żeby był co najmniej jeden pąk. Ludzie wkładają je na zimę w piasek, ale ja upraszczam sobie życie i sadzę po kilka takich sztobrów (tak się toto nazywa) w miejsca, gdzie chcę mieć w przyszłym roku krzaczek. sadzę tak, żeby minimalnie wystawały, albo były równo z gruntem. Totalne zakopanie w anaerobowej zbitej ziemi raczej nie ma sensu (jak nie przemarznie, to się udusi ;)), ale w ściółce można sobie na to pozwolić. Jak wykopujecie odrost korzeniowy to też warto go podzielić i posadzić sadzonkę z korzeniem, a kawałek dalej kilka sztobrów.

Jak maksymalnie wykorzystać odrost malinowy: pierwsza część to najlepiej rokująca sadzonka, druga i trzecia – sztobry, czwarta – do skompostowania. Niektórzy palą, ale ja tam się nie boję.

Jeszcze trochę o gnoju – kiedyś

Też mam niedosyt po ostatnim tekście, ale jak spisałem sobie, co warto dodać na temat obornika, to mi wyszedł materiał na cały cykl, a praktycznie codziennie dowiaduję się jeszcze czegoś nowego. Opiszę ten wdzięczny temat z należytą starannością tak szybko, jak to będzie możliwe (taaak, nieprzypadkowo staram się nie składać bezwzględnych deklaracji :)).

Jeszcze trochę o drzewkach

Posadziłem moje 20 drzewek i zaczyna brakować już miejsca. Mamy około 250 drzew owocowych, w większości młodych, różnych odmian, posadzonych na przeróżnych stanowiskach, tak dobranych, żeby mieć owoce praktycznie cały rok. Dałbym sobie za to jakiś medal, ale nie mam akurat. W poniedziałek będziemy realizować ostatnie zamówienia drzewkowe, a do tego początkowo formularz nie działał, więc go nie zamknąłem. Dlatego jeśli masz ochotę jeszcze się na drzewka załapać, to zapraszam tutaj.

Napomknę jeszcze o dwóch istotnych rzeczach co do sadzenia. Jak sadzisz w ubogiej glebie, na przykład na piachu, to warto dołek uzupełnić bardziej wartościową ziemią, ja na przykład zabieram trochę z wybiegu dla kur. Druga rzecz to ściółkowanie – jeśli sadzisz na trawniku, to po podlaniu rozłóż wokół drzewka trochę kartonu a na niego np. rozdrobnione liście – jak je rozdrobnić podaję niżej.

Zakładam nowe ogródki, czyli ściółkuję i trochę eksperymentuję

Późna jesień to najlepszy czas na ściółkowanie w ogrodzie. Powodów jest kilka – po pierwsze natura też ściółkuje jesienią, materiały (zrębki, słoma, liście) są łatwo dostępne. Poza tym nie ma już za wiele do roboty w ogrodzie. Więcej szczegółów na temat zakładania ogródków Back to Eden znajdziecie tutaj, a dziś zapodam tylko dwa ważne eksperymenty, które właśnie prowadzę w tym zakresie.

Dlaczego ważne? Bo wszystkim zależy, żeby nie mieć w ogródku zbyt wielu chwastów. A poziom zachwaszczenia wprost zależy od sposobu, w jaki startujemy z nowym ogródkiem. Ja zrobiłem sporo rzeczy na skróty, w sumie mając świadomość konsekwencji, i dołożyłem sobie w ten sposób pracy.

Pierwszy eksperyment trwa już rok. Na polipropylenową, dość grubą plandekę wysypałem górę zrębków. Było ich tyle, że po zdemontowaniu pryzmy wyraźne było obniżenie terenu. I co jeszcze było widać? Nic. Gołą ziemię. Nie ma nawet korzeni chwastów, a rósł w tym miejscu perz, powój i sporo innych trudnych roślin. Załatwiła to szczelność plandeki oraz masa zrębek, która ją przygniotła – co dało całkowite odcięcie tlenu i światła. Teraz wyłożyłem tam trochę papieru, i wysypałem 10-15 cm zrębków – na wiosnę dam znać, na ile skutecznie udało się pozbyć chwastów. W życiu bym nie zostawił plastiku na stałe pod zrębkami, ale taka roczna kuracja nie powinna zanieczyścić gleby. Choć – to trzeba wiedzieć – plandeka sparciała, nie nadaje się do dalszego użytku, więc zostawiła coś od siebie w ziemi. Jeśli obawiasz się walki z chwastami, masz wolną plandekę, dużo czegoś ciężkiego i luźny rok – to może być dobry pomysł.

Widać różnicę, co?

Z o wiele większym entuzjazmem spoglądam na poletko obok, gdzie zafundowałem chwastom inwazję drobnego inwentarza. Najpierw wjechały króliki, które skosiły z grubsza „trawę”, (tak to nazywam, choć tego co tam rosło ewidentnie rozmnażało się przez rozłogi i nie trzeba było tego kosić – jak się dowiem co to jest, to dam znać). Potem były gęsi i kaczki, które wyczyściły roślinność do gruntu. Aktualnie rozsypuje tam kurom ziarno, licząc na to, że wydrapią trochę korzeni. Słowem – totalna dewastacja. Na to zamierzam w grudniu (ale pewnie wyjdzie w lutym) wyłożyć papier i znów ok. 15 cm zrębki. Ten drugi eksperyment nie zakłada duszenia ziemi plastikiem, dlatego bardziej mi się podoba. Też dam znać, na ile skutecznie powstrzymało to odbijanie dawnej roślinności.

Nie grabię liści

Mam na nie inny sposób – raz na jakiś czas przejeżdżam je kosiarką bez kosza, tak, żeby je rozdrobnić i wymieszać ze skoszoną trawą. Jak potrzebuję ściółki albo materiału na kompost, to po pierwszym rozdrobieniu przejeżdżam jeszcze raz, tym razem z koszem i wysypuję jego zawartość pod drzewka albo na wybieg dla kur. Proporcja węgla do azotu jest na korzyść węgla, ale kury dodadzą trochę od siebie dla lepszej równowagi.

Robię kurniki

Na koniec tylko zasygnalizuję, że robię kurniki. W zeszłym roku zrobiłem chyba 6 różnych prototypów tzw. „chicken tractora”, a teraz przystępuję do stworzenia polskiej wersji „chickshaw” Justina Rhodesa. Jak jest ciepło to trzymam kury w chicken tractorach, ale na czas ryzyka mrozów zgromadzę je razem, żeby się nawzajem grzały. Jak już będę z kurników zadowolony, to je upublicznię i nadamy im jakąś ładną, rodzimą nazwę.

Jak już zrobię to wszystko, to biorę się za serwisowanie i konserwację narzędzi, ale w tym roku to pewnie nastąpi w styczniu albo czerwcu i wtedy coś więcej napiszę. Jeśli coś pominąłem z ogródkowych prac jesiennych, to koniecznie daj znać w komentarzu!

Dodaj komentarz