Narzędzia 04 – nawadnianie

Znów się ociągałem z pisaniem w ostatnim tygodniu. Ale dziś zostałem już zmuszony – zaczęło padać. Lubię deszcz, ale stwierdziłem, że to znak i trzeba w końcu napisać, jakimi narzędziami ogarniam nawadnianie.

Założenia

Na początku podam Ci kilka informacji, które uzasadniają moje wybory. Po pierwsze, moja działka ma jakieś 230 m długości i czasem muszę podlewać jej najodleglejsze krańce. Po drugie, wody używam nie tylko do ogrodu, ale stanowczo częściej do pojenia zwierząt, a one są w różnych, często zmieniających się miejscach. Po trzecie, zwierzęta poi się też w zimie, więc musi toto działać czasem na mrozie. Dlatego też mój system nawadniania nie jest stały, tylko modułowy, poplątany i pałętający się pod nogami.

Od której strony zacząć?

Zacznę od początku, czyli tak jak pewnie każdy, mam zamontowany kran z zimną wodą na zewnątrz. Jest ulokowany zaraz obok drzwi gospodarczych, a zaraz za nimi znajduje się zawór i odpowietrznik. Dzięki temu właściwie mogę używać wody też w zimie – po prostu po każdym użyciu zakręcam zawór, który jest już w cieplutkiej kotłowni i odpowietrznikiem spuszczam wodę, nawet z całej długości węża. Jest to możliwe, bo działka jest lekko pochyła i, co rzadko się zdarza, w tą odpowiednią stronę.

Do kranu jest zamontowany dwójnik z zaworami – dzięki temu nie muszę za każdym razem odczepiać węża, kiedy chcę skorzystać z kranu. Takie rozwiązanie nie jest jednak optymalne – budowa zaworów w dwójniku sprawia, że nawet mała ilość wody wystrzela jak z radzieckiej armaty, wszystko się chlapie i jest bałagan. Planuję więc zrezygnować z dwójnika, a zrobić po prostu trzy, a może nawet cztery krany – dwa do węża i dwa do użycia bezpośredniego. Dlaczego po dwa, to wyjaśnię potem.

Aha, jeszcze jedna ciekawa sprawa. Kran jest ulokowany pod zadaszeniem gospodarczym. Miałem taki pomysł, który pewnie jeszcze zrealizuję, żeby wstawić tam roboczy zlew. Dlatego jak robiliśmy tam wylewkę, to pod nią zostały puszczone rurki odpływowe. Zlew pozostaje na razie w sferze marzeń (każdy ma marzenia na swoją miarę ;)), ale odpływ się przydał – puściłem nim kilkumetrowy kawałek węża, który kończy się trójnikiem. Dzięki temu nie muszę się potykać o wąż walający się po posadzce, albowiem wije się on – niczym dżdżownica – elegancko pod powierzchnią, a potem puszcza swoje macki – niczym ośmiornica – w różne rejony obejścia.

Jakich węży używam

Korzystam z najtańszych węży i złączek rodzimego Cellfastu i jestem zadowolony. Szczelne, nic się nie leje, wąż jak się już wygrzeje to z rzadka się łamie. Do wody użytkowej mam węże 1/2 cala, a do deszczówki – 3/4 cala, żeby jakoś skompensować niskie ciśnienie.

Mam kilka kawałków węża po 20-30 metrów i łączę je ze sobą szybkozłączkami i nyplami. Dzięki temu mogę mieć węże rozłożone w kilku miejscach (np. tam gdzie posadziłem jakieś drzewa i regularnie podlewam, w szklarni, albo tam gdzie poję zwierzęta). A jak jest potrzeba, to łącze je w jeden długaśny wąż i mogę zapuszczać się w najdalsze rejony działki.

Moim zdaniem lepiej mieć kilka węży 20 metrów niż jeden 100 metrów – nie tylko jest to bardziej wszechstronne, ale też łatwiej jest utrzymać porządek, rzadko się plącze.

Każdy z fragmentów węża kończy się z jednej strony zwykłą złączką, a z drugiej – złączką typu „stop”. W takiej złączce, jak odepnie się zraszacz, to odcina się automatycznie wodę – nie trzeba zakręcać.

Jak złączka ma coś takiego w środku, to znacz że ma funkcję „stop”

W tym roku uzupełniłem też arsenał o złączki firmy Bradas, czy coś takiego. To chyba jakiś importer z Chin. Część złączek wypadała z węży Cellfastu albo była nieszczelna. Ogólnie jakość kiepska – łamały się trzpienie zaciskające wokół węża, a cenowo wypada podobnie jak Cellfast. Ale trafiłem na coś, czego bardzo potrzebowałem – czyli taki oto zaworek, a przede wszystkim wkrętkę:

Zanim znalazłem wkrętkę używałem zamiast niej szybkozłączki, w której obciąłem zacisk na wąż. Była minimalnie nieszczelna.

Jak się nie podlać

Przy wysiewie sporo podlewałem przy użyciu zraszaczy, które wpinałem do złączki „stop”, czyli w momencie wpięcia woda tryskała od razu. Oczywiście porządnie nawadniałem przy tym samego siebie – zazwyczaj przegrywałem pojedynek w samo południe. Wyrównałem szansę podłączając do zraszacza 3-4 metry węża, który potem wpinałem do węża głównego – dzięki temu zazwyczaj opuszczałem strefę zraszaną o suchej czuprynie. Ale w tym roku dokonałem istnej rewolucji, czyli skorzystałem z zaworu i wkrętki, dzięki czemu mogłem po prostu zakręcić wodę na czas ustawiania zraszacza, a potem, oddaliwszy się przezornie, odkręcić zawór.

Oczywiście można było po prostu pójść do kranu i zakręcić wodę, ale to kawał drogi, a ponadto tym razem pochyłość była z tej złej strony.

Pistolety

Korzystam z dwóch – zwykłego, zakręcanego zraszacza Cellfastu (tak zwykłego, że aż nie zrobiłem mu zdjęcia), oraz super-multi-wielozadaniowego pistoletu:

Co ciekawe, korzystam praktycznie z każdej funkcji, czyli:

  • FLAT – płaski, ostry strumień – podlewam nim precyzyjnie rządki oraz myję poidła dla kur
  • SOAKER – łagodny strumień, używam do podlewania drzew
  • JET – ostry, punktowy strumień jak w zwykłych zraszaczach, używam na śmigusa-dyngusa
  • SHOWER – czyli prysznic, do delikatnego podlewania
  • rzadziej używam funkcji MIST – mgiełka, TRIANGLE i CENTER – delikatniejsze punktowe strumienie

Kupiłem go, bo zależało mi na tym, żeby móc zakręcić wodę jedną ręką, suwaczek sprawdza się dość dobrze. Nawet dzieci potrafią bez problemu zakręcić wodę, co ma jedną wadę – równie bezproblemowo ją odkręcają.

Aha, jeszcze coś o zraszaczach, które się stawia na glebie i mają pracować same. Mam taki większy zraszacz wahadłowy – widać go na jednym ze zdjęć powyżej, oraz takie cudo Cellfastu:

Wahadłowy działa dobrze, choć czasem coś mu przyblokuje dyszę. Odziedziczyłem go, więc nie znam producenta ani modelu, ale podejrzewam, że analogiczne sprzęty są ok. Turkusowego cuda zaś nie mogę polecić, bo bardzo często się blokuje element kręcący – podlewa w jednym tylko kierunku. Łatwo też traci poziom albo się przewraca, a do tego wszystkiego gubi nóżki, którymi się go wbija w ziemię. I to nie jest żart, naprawdę, wyjmuje się toto ze zrębek, a nóżki zostają.

Deszczówka

O mauzerze z deszczówką już pisałem, ale mam też drugą, mniejszą beczkę, która nie ma zaworu na dole. Została tak na szybko, tymczasowo ustawiona i leci jej już drugi roczek.

Wodę wylewam z niej sposobem znanym każdemu akwaryście – czyli zasysając wężyk. Czasem nie zdąży się odjąć ust i człowiek przyjmuje to, co w tej deszczówce pływa i potem wygląda jak zadowolony motocyklista. Jest na to sposób, wystarczy założyć na wężu zaworek w postaci klamerki:

Dzięki temu wystarczy zassać raz i dopóki woda się nie wyczerpie, będzie działać zasada wyrównania ciśnień. Użyłem do tego takiej klamerki, nawet nie wiem, jak się toto nazywa, może zacisk spawalniczy? W każdym razie sprężyna musi być mocna. Przydaje się do jeszcze jednej rzeczy, mianowicie do napełniania wiadra. Jak podlewałem drzewa i zabrakło mi węża, to nosiłem wodę w wiadrach. Miałem cztery, więc po napełnieniu dwóch moi asystenci przekładali węża do następnych, ja wykonywałem kurs, a jak wróciłem to wiadra były prawie pełne, a dzieci szczęśliwsze, bo mokrzejsze. Szybko się jednak znudziły, z pomocą przyszła więc klamerka – łapałem nią pałąk wiadra, który przytrzymywał węża, dzięki czemu jak wróciłem z pustym wiadrem – kolejne było pełne.

Aha, o paletobeczce już pisałem, ale nie napisałem, że wprowadziłem planowane usprawnienia – kupiłem zawór ze złączką i teraz od paletobeczki idzie wąż, którym podlewam szklarnię zraszaczem wahadłowym (ciśnienie jest niskie, ale na szklarnię wystarcza zasięgu zraszacza) oraz podlewam gnojówką ogródek. Do zbiornika wlewam kilka wiader gnojówki z pokrzywy, tak, żeby stosunek gnojówki do wody wynosił ok. 1:10. Gnojówkę filtruję przy pomocy sitka – ważne, żeby do węża lub zraszacza nie dostały się fragmenty pokrzyw. Potem zalecam dzieciakom spacer zdrowotny łączony z podlewaniem poszczególnych roślinek.

Co mam w planach?

Króciutko i kilku pomysłach dotyczących nawadniania i wody w ogólności

  • Chcę wypuścić ciepłą wodę na zewnątrz – do tego właśnie potrzebne mi cztery krany, dwa do zimnej/ciepłej wody. Mamy solary, więc w lecie gorąca woda jest praktycznie za darmo. Dzięki temu będę mógł np. napełnić basen dla dzieciaków bez uciążliwego czekania, aż się zagrzeje. W zimie zaś będę mógł dawać kurom wodę, która będzie zamarzać trochę dłużej. Aha, a jak ktoś przyjedzie do mnie biwakować, to będzie mieć przyjemny, ciepły prysznic – nie tylko w zimie.
  • Każda szklarnia szybko przegrzewa się w słońcu i mocno wychładza w zimie. Planuję zrobić jakiś akumulator ciepła, czyli zbiornik z wodą, być może połączony ze zbieraniem deszczu z dachu szklarni.
  • Z wielu stron dostaję sygnały, że warto zainteresować się zbieraniem deszczówki do zbiorników z prawdziwego zdarzenia, czyli na kilka m3 – a to ktoś sobie zafunduje, a to ktoś przerobi stare szambo. Będę dawać znać, co się dzieje w tym temacie.
  • Po nieudanym projekcie kurniczym zostało mi kilkadziesiąt metrów rurki kanalizacyjnej. Przy okazji jakichś robót ziemnych spróbuję je wkopać i puścić nimi węża – zobaczymy, jak będzie z zamarzaniem.

Dodaj komentarz