Co robię w ogródku jesienią, cz. 1, 2, 3

Trochę późno na ten wpis, ale lepiej w październiku, niż w styczniu. Wysyłam w odcinkach, żeby materiał niepotrzebnie nie czekał.

Wyciągam wnioski

Tak, zamiast wyciągać z ziemi buraczki czy marchewki, zaczynam od wyciągania wniosków. Prowadzę w końcu eksperyment ogrodniczy, ostateczny jego wynik w postaci zdrowych warzyw bez nadmiernej pracy jestem w stanie przewidzieć, ale po drodze pojawia się sporo rzeczy drugorzędnych. Tak jest na przykład z powojem, ulubionym chwastem ogrodniczej braci. Sporo ogródków założyłem w miejscach, gdzie powoju było bardzo dużo. Próbowałem go nawet wyplewić tu i tam, ale po wkopaniu się w kilku miejscach na pół metra w pogoni za korzeniami – w listopadzie i grudniu – zrezygnowałem. No i dobrze, bo z tego co zaobserwowałem nie było różnicy – powój pojawił się nawet w miejscach gruntownie wyplewionych. Przebił się też przez dwie warstwy cienkiego papieru i kilka warstw kartonu. Cóż, przewidywałem, że tej roślinki nie da się zlikwidować tak łatwo, więc byłem mentalnie przygotowany. Z racji tego, że w wakacje nie miałem czasu plewić ogródka powój się rozszalał i miejscami stworzył kolejną warstwę ściółki, już na zrębkach. Ale! Selerowi, fasoli, ogórkom, buraczkom, kukurydzy, porom rosnącym w tym całym powoju to najwyraźniej nie przeszkadzało. Nawet nie zauważyłem, żeby na coś zaczął się wspinać. Zbiory były albo są satysfakcjonujące. Moim bojom z powojem poświęcę oddzielny wpis, w którym zdradzę ostateczny sposób na ten chwast (a sporo na jego temat poczytałem).

Inne wnioski dotyczą rozplanowania ogrodu i serdecznie Cię do nich zachęcam. Dotyczą one przede wszystkim tego, co dobrze rosło, a co nie. U nas na przykład o wiele lepiej radziła sobie rzodkiew dix-huit jours, czyli ta podłużna, osiemnastodniowa. Odmiana carmen, sadzona zaraz obok, radziła sobie stanowczo gorzej. Na to mogły mieć wpływ różne czynniki – pogoda, nasiona od różnych producentów, gorsza partia, ale przede wszystkim to, że w naszej glebie więcej jedzenia było dla rzodkiewki osiemnastodniowej. Wniosek brzmi – przy jesiennym zasiewie posieję trzy rządki tej lepszej i jeden rządek tej gorszej (a nóż na jesieni poradzi sobie lepiej?). Różnorodność jest ważna, ale nie ma też co iść w zaparte i siać roślin, które nie wschodzą. Jak masz wymarzoną roślinę, która rok po roku nie wschodzi zawsze możesz próbować, po kilku latach ściółkowania i nawożenia ekologicznego gleba będzie z pewnością na tyle odżywiona, że wzejdzie.

Postaraj się przypomnieć sobie, czy były jakieś drobiazgi, które denerwowały Cię w tegorocznym ogródku: coś rośnie w przejściu, coś rośnie w zbyt dużym cieniu, tu zbiera się woda i tak dalej. Ja na przykład nasadziłem sporo dyń, efekt był taki, że do czasu jak miały liście, ciężko było je znaleźć, nie mówiąc już o przejściu. Poza tym, kto to teraz wszystko zje? Podobnie z uprawą „trzy siostry” – stary, indiański sposób na uprawę synergiczną. W jeden dołek wrzuca się nasionko fasoli (pnącze), kukurydzy (tyczka) i dyni, czy cukinii (płożąca, a więc ściółkująca). W tym roku, choć namoczyłem kukurydzę, wzeszła zbyt wolno i fasola ją przygniotła – miejscami nawet złamała. W przyszłym roku zrobię trochę inaczej, pewnie pozwolę kukurydzy wzejść, i dopiero wtedy obok siewek kukurydzy powtykam fasolę, i przysypię zrębkami. Sam jestem zdziwiony jak dużo drobnych usprawnień można wdrożyć, jak uważnie obserwuje się własny ogródek.

Sieję

Pisałem już trochę o tym, że ogródek żyje cały rok, więc zanim zbiorę plony jesienne, to w wolnych miejscach (po tym, co już zebrane w lecie) zaczynam siać. Co konkretnie? Jarmuż, rzodkiewkę, szpinak, czosnek, cebulę, ziemniaki, rukolę, roszpunkę, sałatę, buraki liściowe, topinambur, trochę później marchew, pietruszkę… Jest naprawdę dużo rzeczy, które warto posadzić do zbioru jesienią, zimą i wiosną. Aha, jeszcze o ziemniakach – ta zima była słaba, ale rzeczywiście, ziemniaki przezimowały i choć wzeszły ostatnie – były w bardzo zacienionym miejscu – to najdłużej opierały się inwazji stonki i mamy z nich spory zbiór.

Ziemniaki sadzone jesienią. Z grubsza tylko odgrzebane, pod spodem pewnie jest jeszcze trochę.

Żeby jednak dało się coś posiać, to trzeba najpierw przygotować teren.

Organizuję porządki

Usuwam resztki roślin i chwasty

W ogródku trzeba czasem posprzątać. W tym roku zrobiłem prawdziwy Back to Eden, czyli wysiałem i potem praktycznie nic więcej nie robiłem. Z racji tego, że założyłem ogródek na powoju, pokrzywach i dzikim winie, to było całkiem zielono, czytaj – oprócz warzyw rosły wszystkie wymienione chwasty. Z kompostem dotarły do naszego ogródka jeszcze inne odmiany chwastów, tak, że mieliśmy całą paletę, której nie wyplewiliśmy. Teraz, żeby móc coś posiać na jesień, usuwam zieloność, ale oczywiście nie własnymi rękami! Nie, nie propaguję też pracy niewolniczej dzieci, tylko korzystam z sił przerobowych natury. Do usuwania resztek (dynie i cukinie) i chwastów najpierw idą gęsi i kaczki – które lubią zieleninę i ślimaki. Po dwutygodniowej kuracji w ogródku zostało trochę dzikiego wina, kilka badyli i kępka pokrzywy. Łaskawie się wysilę i sam się nimi zajmę. Do usunięcia korzeni powoju (zieloną część drób wodny raczej zadeptał niż zjadł, w każdym razie śladu nie ma) przystąpiły obecnie kury. Chyba mylą te białe korzonki z robakami, bo wydziobują je bardzo chętnie, a może po prostu wiedzą, że trafiły na źródło wartościowych minerałów.

Gęsi dopiero co wpuszczone.
Robota wre
A tak to wygląda teraz, kury są dopiero od dwóch dni. Oczywiście przesuwam te zagrody co jakiś czas.
Jak ściółka jest płytka, to kury wymieszają ją z ziemią spod spodu. Tutaj będę musiał uzupełnić ściółkę przed siewem.

Uzupełniam ściółkę

Gosia zadała pytanie o uzupełnianie zrębków w celu przykrycia ziemi po wyrwanym pasternaku. Po pierwsze tak, w pierwszych latach trzeba będzie jeszcze trochę powalczyć o ogród, na zmianę nawożąc i ściółkując. Słomę trzeba uzupełniać co roku, zrębki zaś rozkładają się wolnej (a to co się rozłoży jest spłukiwane głębiej) i moim zdaniem wystarczy co trzy lata. Sygnałem do tego, że nasza ściółka stała się kompostem jest to, że wysiewają się na niej chwasty przywiane z wiatrem. Najlepiej w pierwszym roku założyć ogród i przykryć ściółką, w roku drugim i trzecim nawieźć (ja na przykład rozkładam świeży obornik z zaprzyjaźnionej stadniny, po dwóch miesiącach nie ma po nim śladu, no i oczywiście puszczam kury i gęsi). W roku czwartym zaś uzupełniamy ściółkę. Mam wrażenie, że już o tym gdzieś pisałem, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie, więc napisałem jeszcze raz.

Ale Małgorzata pisze o trochę innym przypadku, czyli w pierwszym roku ziemia wyszła na wierzch przy wyrywaniu roślin korzeniowych. W pierwszych latach, kiedy grunt pod ogródkiem jeszcze się nie przemieszał z kompostem, to będziemy wyrywać wraz z głębiej rosnącymi roślinami grudę, którą można otrząsnąć poza ogródkiem, ale część na pewno opadnie nam w zrębki. Docelowo chodzi nam o to, żeby nawet najgłębiej sięgające rośliny rosły w miękkim kompoście, który się nie ubija tak jak ziemia, dlatego ważne jest dokładanie co jakiś czas materii organicznej, ściółki, nawozu, kompostu. Do czasu aż osiągniemy tak grubą warstwę ziemia będzie się pojawiać. U mnie akurat winowajcą nie był pasternak, tylko kret. Teoretycznie można by zostawić ziemie, ale niestety się ubija, czyli odcina tlen, a do tego mogą na niej wyrosnąć chwasty. Jak sobie radziłem z kretowiskami? Zbierałem co pokaźniejsze do wiaderka i wrzucałem do kur (tam mam kompostownik). Pozostałą ziemię rozgrabiałem i mieszałem ze zrębkami, resztę sprzątania zostawiając deszczowi. Można w to miejsce rozsypać jeszcze kilka centymetrów zrębki, ale ja tego nie robiłem. Aktualnie nie ma śladu po kretowiskach.

Tak po czasie wygląda zupełnie niesprzątnięte kretowisko.

Rozsadzam, przesadzam i po prostu sadzam

W szczycie letniego sezonu malinowego trzeba wstać naprawdę wcześnie, żeby się na nie załapać. Około 8.00 krzaki są już zupełnie ogołocone, nawet te jeszcze zielonkawe. Z samego rana na żer wychodzi bardzo groźny szkodnik, ma sześć nóg, sześć rąk i trzy paszczęki. Kto nie zgadł – śpieszę z wyjaśnieniem, ten szkodnik nazywa się troje dzieci. Gatunek umknął systematyce Linneusza, więc sam muszę wymyślić jakąś łacińską nazwę. Jesienią jest lepiej, dzieciaki zaczynają żer trochę później. Wniosek jest jeden – malin nigdy za wiele. Truskawki też się wliczają. Listopad to przyzwoity czas na powiększanie jagodników i maliniaków. W przypadku malin, wykopuję po prostu odrosty i tego samego dnia sadzę w nowym miejscu – w tym roku obsadzam sad (2-4 krzaki między drzewami) i płoty (jadalny żywopłot jest lepszy od niejadalnego).

Jeden z tych trzech zdrewniałych pędów będzie się przeprowadzać

Dzięki temu, że nasze truskawki nie są na agrowłókninie, tylko na zrębkach, o tej porze roku mam mnóstwo gotowych sadzonek. Też wędrują do sadu, częściowo zamiast malin, a miejscami – u ich stóp. Zobaczymy jak to wyjdzie. W sadzie mają być też kury, malinom nic nie zrobią, ale truskawki mogą wykopać. Dam Wam znać ze szczegółami jak wyszło – za jakiś czas.

Trzeba będzie odrobinę przyciąć korzenie

Aha, byłbym zapomniał – jesień jest super na sadzenie drzew. Pani doktor ogrodnictwa Tesia, kuzynka Klary, która wraz z rodziną prowadzi szkółkę sadowniczą, powiedziała mi kiedyś ciekawą rzecz o drzewach. Jesienią i zimą, choć na powierzchni niby nic się nie dzieje, to pod ziemią wręcz przeciwnie. Drzewka z ich szkółki wykopane wiosną mają wyraźnie bardziej rozwinięty system korzeniowy. Inną zaletą zadrzewiania jesienią jest brak konieczności podlewania. Pędraki i inne robactwo jest już zazwyczaj w kokonach, w związku z czym drzewo ma czas nabrać sił przed inwazją.

Obiecałem Wam kiedyś, że poproszę Tesię o przygotowanie dla Was pakietów drzew do przydomowego ogrodu. To się dzieje! Wybrane odmiany już mamy, Tesia tworzy teraz krótki opis i na dniach wyślę Wam szczegóły. Warto kupić te drzewka, tak jak już kiedyś pisałem, sadziłem z różnych źródeł i te od Tesi zawsze przyjmują się najlepiej.

Zbieram plony, a czasem zostawiam

Ostatnio nie pisałem o zbiorach, a to z kilku względów. Jak mam mało czasu, to zawsze w pierwszej kolejności sieję, w dalszej – zbieram. Poza tym bardzo dużo rzeczy po prostu zostawiam w ogródku na zimę. Ludzie mówią, że takie buraczki gorzej smakują w grudniu. Być może tak jest, jeśli wyjmujesz je z piwnicy – u nas siedzą w zrębkach i dzielnie znoszą przymrozki. To co mamy w ogródku w tym momencie można podzielić na trzy grupy:

Ten buraczek był regularnie przygryzany przez ślimaki, dopiero teraz ma chwilę spokoju. Na moje oko waży ze dwa kilo!
  1. Można już zabierać, ale jeszcze nie było czasu: kukurydza, dynie, cukinie, gdzieś się pałętał jeszcze jeden arbuz. Pilnuję porządnie temperatury, jak meteorolodzy orzekną zagrożenie przymrozkiem, to zwłaszcza dyniowate gdzieś schronię. Nie zdążyłem też zebrać fasoli, na razie ładnie się suszy, ale jak zrobi się wilgotno, to też znika z ogródka.
  2. Zabiorę, ale dopiero przy większym mrozie (-5 stopni): buraki, część ziemniaków, marchew, pietruszka korzeniowa, brukiew, seler korzeniowy (częściowo).
  3. Zostaje i czeka do wiosny: pietruszka naciowa, por, topinambur, seler naciowy, jarmuż, brukselka.

Dlaczego tak robię? Dopóki roślina jest połączona z ziemią, to żyje. Mogą w niej zachodzić procesy przygotowujące do zimy, czy do wydania nasienia, które często wiążą się z utratą walorów smakowych (choć nie odnotowałem tego u nas). Stawiam jednak tezę, że wartość odżywcza warzywa dopiero co oderwanego od ziemi jest wyższa, niż tego, które przeleżało parę miesięcy w piwniczce.

Nawożę

Ostatnio na wieś przyjechał TIR z naczepą. Nie zdarza się to często, więc przykuł moją uwagę. Okazało się, że ma dostawę do naszego sąsiada, lokalnego, solidnego bauera, bardzo troszczącego się o swoją ziemię, ale w sposób konwencjonalny. Ładunkiem TIRa były oczywiście worki z nawozami sztucznymi. Przez mój historyczny umysł przeleciało momentalnie dziesiątki obrazów i myśli: Haber, Bosch, synteza amoniaku, cyklon B, IG Farben, Norymberga, Fritz ter Meer, Bayer, roundup, Monsanto i 66 miliardów dolarów. Rzadko to się zdarza, ale przeszły mnie ciarki. Głównie dlatego, że ta historia przemysłowego rolnictwa, ściśle powiązana z masową eksterminacją i eksperymentami na ludziach w Auschwitz, a po wojnie z wielkim przemysłem farmaceutyczno-chemiczno-żywieniowym i dalszymi eksperymentami, okazała się – jak na historię – bardzo aktualna i wyglądająca zza płota.

Spojrzałem wtedy na transport końskiego obornika, który właśnie załadowałem od innych sąsiadów i uspokoiłem się trochę.

Jest gnój. Można odetchnąć z ulgą!

Obornik w dużej części już wylądował na zrębkach, miejscami pozwalam mu sobie poleżeć, obeschnąć, rozpuścić się i wniknąć do gleby, a miejscami używam kur. Wyrzuciłem trochę gnoju na zrębki, przyciągnąłem kurnik i grzecznie poprosiłem kury, żeby mi to wymieszały. Zadanie nie jest łatwe, bo obornik świeży, w dużych bryłach – kurom ciężko je rozpracować. Pod koniec tygodnia spróbuję coś w tym wysiać. To kolejny eksperyment, główny cel to sprawdzić, czy ziemia z nadmiarem węgla i azotu zyska na żyzności. Dam znać jakie są efekty.

Ciężko zrobić zdjęcie, po dwóch dniach widzę, że kury wymieszały dość cienką warstwę zrębek z podłożem i obornikiem. Zobaczymy co z tego będzie, na pewno dołożę ściółki.

Jeszcze trochę o malinach

Trochę pobieżnie napisałem ostatnio o malinach, a warto dodać coś jeszcze. Po pierwsze maliny warto przyciąć jesienią albo zimą. Zasada jest prosta – tniemy te pędy, które już owocowały w tym sezonie. Widać na nich kwiaty albo zasuszone owoce (u mnie nawet uchowało się kilka zjadliwych, dzieci teraz mniej przebywają na zewnątrz). W przypadku maliny jesiennej wycinamy wszystkie pędy do wys. ok. 10 cm nad ziemią. W przypadku maliny owocującej latem (na pędach dwuletnich), zostawiamy kilka pędów które jeszcze nie owocowały.

Takie cięcie to źródło gratisowych sadzonek. Zdrewniałe pędy dzielimy na odcinki ok. 20 – 25 cm tak, żeby był co najmniej jeden pąk. Ludzie wkładają je na zimę w piasek, ale ja upraszczam sobie życie i sadzę po kilka takich sztobrów (tak się toto nazywa) w miejsca, gdzie chcę mieć w przyszłym roku krzaczek. sadzę tak, żeby minimalnie wystawały, albo były równo z gruntem. Totalne zakopanie w anaerobowej zbitej ziemi raczej nie ma sensu (jak nie przemarznie, to się udusi ;)), ale w ściółce można sobie na to pozwolić. Jak wykopujecie odrost korzeniowy to też warto go podzielić i posadzić sadzonkę z korzeniem, a kawałek dalej kilka sztobrów.

Jak maksymalnie wykorzystać odrost malinowy: pierwsza część to najlepiej rokująca sadzonka, druga i trzecia – sztobry, czwarta – do skompostowania. Niektórzy palą, ale ja tam się nie boję.

Jeszcze trochę o gnoju – kiedyś

Też mam niedosyt po ostatnim tekście, ale jak spisałem sobie, co warto dodać na temat obornika, to mi wyszedł materiał na cały cykl, a praktycznie codziennie dowiaduję się jeszcze czegoś nowego. Opiszę ten wdzięczny temat z należytą starannością tak szybko, jak to będzie możliwe (taaak, nieprzypadkowo staram się nie składać bezwzględnych deklaracji :)).

Jeszcze trochę o drzewkach

Posadziłem moje 20 drzewek i zaczyna brakować już miejsca. Mamy około 250 drzew owocowych, w większości młodych, różnych odmian, posadzonych na przeróżnych stanowiskach, tak dobranych, żeby mieć owoce praktycznie cały rok. Dałbym sobie za to jakiś medal, ale nie mam akurat. W poniedziałek będziemy realizować ostatnie zamówienia drzewkowe, a do tego początkowo formularz nie działał, więc go nie zamknąłem. Dlatego jeśli masz ochotę jeszcze się na drzewka załapać, to zapraszam tutaj.

Napomknę jeszcze o dwóch istotnych rzeczach co do sadzenia. Jak sadzisz w ubogiej glebie, na przykład na piachu, to warto dołek uzupełnić bardziej wartościową ziemią, ja na przykład zabieram trochę z wybiegu dla kur. Druga rzecz to ściółkowanie – jeśli sadzisz na trawniku, to po podlaniu rozłóż wokół drzewka trochę kartonu a na niego np. rozdrobnione liście – jak je rozdrobnić podaję niżej.

Zakładam nowe ogródki, czyli ściółkuję i trochę eksperymentuję

Późna jesień to najlepszy czas na ściółkowanie w ogrodzie. Powodów jest kilka – po pierwsze natura też ściółkuje jesienią, materiały (zrębki, słoma, liście) są łatwo dostępne. Poza tym nie ma już za wiele do roboty w ogrodzie. Więcej szczegółów na temat zakładania ogródków Back to Eden znajdziecie tutaj, a dziś zapodam tylko dwa ważne eksperymenty, które właśnie prowadzę w tym zakresie.

Dlaczego ważne? Bo wszystkim zależy, żeby nie mieć w ogródku zbyt wielu chwastów. A poziom zachwaszczenia wprost zależy od sposobu, w jaki startujemy z nowym ogródkiem. Ja zrobiłem sporo rzeczy na skróty, w sumie mając świadomość konsekwencji, i dołożyłem sobie w ten sposób pracy.

Pierwszy eksperyment trwa już rok. Na polipropylenową, dość grubą plandekę wysypałem górę zrębków. Było ich tyle, że po zdemontowaniu pryzmy wyraźne było obniżenie terenu. I co jeszcze było widać? Nic. Gołą ziemię. Nie ma nawet korzeni chwastów, a rósł w tym miejscu perz, powój i sporo innych trudnych roślin. Załatwiła to szczelność plandeki oraz masa zrębek, która ją przygniotła – co dało całkowite odcięcie tlenu i światła. Teraz wyłożyłem tam trochę papieru, i wysypałem 10-15 cm zrębków – na wiosnę dam znać, na ile skutecznie udało się pozbyć chwastów. W życiu bym nie zostawił plastiku na stałe pod zrębkami, ale taka roczna kuracja nie powinna zanieczyścić gleby. Choć – to trzeba wiedzieć – plandeka sparciała, nie nadaje się do dalszego użytku, więc zostawiła coś od siebie w ziemi. Jeśli obawiasz się walki z chwastami, masz wolną plandekę, dużo czegoś ciężkiego i luźny rok – to może być dobry pomysł.

Widać różnicę, co?

Z o wiele większym entuzjazmem spoglądam na poletko obok, gdzie zafundowałem chwastom inwazję drobnego inwentarza. Najpierw wjechały króliki, które skosiły z grubsza „trawę”, (tak to nazywam, choć tego co tam rosło ewidentnie rozmnażało się przez rozłogi i nie trzeba było tego kosić – jak się dowiem co to jest, to dam znać). Potem były gęsi i kaczki, które wyczyściły roślinność do gruntu. Aktualnie rozsypuje tam kurom ziarno, licząc na to, że wydrapią trochę korzeni. Słowem – totalna dewastacja. Na to zamierzam w grudniu (ale pewnie wyjdzie w lutym) wyłożyć papier i znów ok. 15 cm zrębki. Ten drugi eksperyment nie zakłada duszenia ziemi plastikiem, dlatego bardziej mi się podoba. Też dam znać, na ile skutecznie powstrzymało to odbijanie dawnej roślinności.

Nie grabię liści

Mam na nie inny sposób – raz na jakiś czas przejeżdżam je kosiarką bez kosza, tak, żeby je rozdrobnić i wymieszać ze skoszoną trawą. Jak potrzebuję ściółki albo materiału na kompost, to po pierwszym rozdrobieniu przejeżdżam jeszcze raz, tym razem z koszem i wysypuję jego zawartość pod drzewka albo na wybieg dla kur. Proporcja węgla do azotu jest na korzyść węgla, ale kury dodadzą trochę od siebie dla lepszej równowagi.

Robię kurniki

Na koniec tylko zasygnalizuję, że robię kurniki. W zeszłym roku zrobiłem chyba 6 różnych prototypów tzw. „chicken tractora”, a teraz przystępuję do stworzenia polskiej wersji „chickshaw” Justina Rhodesa. Jak jest ciepło to trzymam kury w chicken tractorach, ale na czas ryzyka mrozów zgromadzę je razem, żeby się nawzajem grzały. Jak już będę z kurników zadowolony, to je upublicznię i nadamy im jakąś ładną, rodzimą nazwę.

Jak już zrobię to wszystko, to biorę się za serwisowanie i konserwację narzędzi, ale w tym roku to pewnie nastąpi w styczniu albo czerwcu i wtedy coś więcej napiszę. Jeśli coś pominąłem z ogródkowych prac jesiennych, to koniecznie daj znać w komentarzu!h

5 komentarzy do wpisu „Co robię w ogródku jesienią, cz. 1, 2, 3”

  1. Świetny wpis, jak zwykle, zresztą 🙂 Czytam z uwagą i podziwiam a nawet naśladuję. 🙂 Rewelacyjna dawka wiedzy, za którą ogromnie dziękuję! A bardzo mnie zainteresowały te kurniki…

    Odpowiedz
  2. Zazdroszczę wszystkim, którzy mogą pozostawić część warzyw na późniejsze zbiory, u mnie wyścig z nornicami/karczownikami. Mam wrażenie, że odkąd mamy zrębki sytuacja się znacznie pogorszyła🙁

    Odpowiedz
    • Moje buraczki też są regularnie podgryzane, głównie przez ślimaki. Nornice też są, ale nie są dużym problemem w związku z natężeniem kotów (które zrębki najwyraźniej lubią, bo często widzę jak się wylegują).

      Odpowiedz

Dodaj komentarz